Czy USA zrzuciły bombę atomową na Antarktydę?

2013-02-26 16:29

 

 

                    

 

 

Temat który teraz poruszam, pojawia się od czasu do czasu w internecie i niszowych czasopismach związanych z pasjonatami historii i różnorakich zagadek XX wieku. Jest to temat niezwykle zagadkowy i zamilczany, więc poruszam go na Forum SM, bo może ktoś umieści jakieś dodatkowe, ciekawe informacje. 
Otóż jednym z najmniej znanych epizodów II wojny światowej są niemieckie bazy na Antarktydzie (największa z tych rzekomych baz miała nosić kryptonim "211", wiąże się jej istnienie m. in. z zagadkową wypowiedzią Doenitza z 1943 r.: "Niemiecka flota podwodna jest dumna ze zbudowania dla Fuehrera, w innej części świata Szangri-La na lądzie, niezwyciężonej twierdzy"). Informacje o nich z rzadka pojawiały się w różnych krajach, z mniej lub bardziej wiarygodnych źródeł. Ja poniżej przytoczę to, co pisał o tym w opublikowanej w latach 50. książce "Zdobywcy Białego Lądu", prof. Jacek Machowski, ponoć najwybitniejszy polski badacz Antarktydy, a więc nie żaden mitoman, tylko wybitny naukowiec, który chyba nie wypisywałby takich rzeczy ryzykując swój autorytet, gdyby nie uważał tego za prawdę (Machowski zmarł w 2004 r. i jego bezcenna wiedza na temat konfliktu antarktycznego nie została niestety odpowiednio spożytkowana przez historyków i dziennikarzy). Oto fragment jego książki: 
W swej ekspansji terytorialnej w poszukiwaniu "Lebensraumu" rząd hitlerowski nie pominął nawet Antarktydy. W latach 1938- 1939 zorganizował wyprawę, której głównym celem było dostarczenie argumentów do wysunięcia pretensji terytorialnych do tego kontynentu. Protektorat wyprawy objął osobiście Herman Goering, kierownikiem został Alfred Ritscher. W skład wyprawy weszły 82 osoby, w tym specjaliści od spraw wielorybnictwa, kilku uczonych: meteorologowie, biolog, geograf, oceanograf i geolog oraz bardzo liczny oddział lotniczy. Wyprawie przydzielono lotniskowiec "Schwabenland", liczący 8000 ton, na który załadowano dwa 10-tonowe samoloty wielorybnicze typu Dornier, nazwane "Boreas" i "Passat". Zostały one przystosowane do startu z pokładu za pomocą katapulty. Każdy z nich mógł zabrać 4200 litrów paliwa, co pozwalało na utrzymanie się w ciągu 15 godzin w powietrzu.
17 grudnia 1938 r. "Schwabenland" odpłynął z Niemiec w kierunku Antarktydy, docierając po miesięcznej podróży do Ziemi Królowej Maud, gdzie miały być przeprowadzone badania naukowe. 20 stycznia 1939 r. wzbił się w powietrze do pierwszego lotu samolot "Boreas". Do lutego przeprowadzono siedem wielogodzinnych lotów w głąb Ziemi Królowej Maud, którą bezceremonialnie przemianowano na Nową Szwabię. Ogółem wyprawa zbadała z powietrza obszar Antarktydy, liczący około 600 000 km kwadratowych powierzchni. Niestety, jak dotąd, pełne naukowe wyniki tych badań nie zostały opublikowane. Wiadomo tylko, że we wnętrzu tej części kontynentu odkryto nowe łańcuchy górskie o szczytach dochodzących do 4000 m wysokości. Jednym z ciekawszych osiągnięć naukowych tej wyprawy wyło odkrycie swego rodzaju działu "wodnego", a ściślej mówiąc lodowego, przebiegającego między dwoma mało różniącymi się regionami lądu. To mało jeszcze zbadane odkrycie wysunęli jako argument na swoją korzyść zwolennicy poglądu, że Antarktyda nie jest jednolitym kontynentem i że odkryty dział lodowy stanowi naturalną granice jego części.
Szybko wyszło na jaw, że badania naukowe wyprawy hitlerowskiej miały być jedynie przykrywką, maskującą jej rzeczywiste cele gospodarcze, polityczne i wojskowe(...)
Polityczne cele wyprawy wyszły na jaw jeszcze w czasie jej trwania, gdyż w czasie lotów nad Ziemią Królowej Maud lotnicy niemieccy zrzucali brązowe tablice z wyrytymi na nich napisami o zajęciu tego obszaru przez III Rzeszę i przemianowaniu go na Nową Szwabię. Jeden z uczestników hitlerowskiej wyprawy antarktycznej tak pisze o tej działalności w swym sprawozdaniu: "Dotąd była wiedza. Teraz nadejdzie polityka. Bierzemy flagę i wbijamy ją w lód kilkaset kilometrów od brzegu lądu. Jest to najdalszy znak wskazujący, że my, Niemcy, wkroczyliśmy w tę bezpańską równinę i zgłosiliśmy roszczenia Wielkich Niemiec- pierwsza niemiecka kolonia". 
W przededniu wybuchu drugiej wojny światowej, po powrocie z wyprawy do Niemiec, rząd hitlerowski potwierdził raz jeszcze jej polityczny charakter, wydając 12 sierpnia 1939 roku dekret o utworzeniu wewnątrz norweskiego sektora antarktycznego- sektora niemieckiego, zawartego między 4 st. 50 min. a 16 st. 30 min. długości wschodniej.
Również wojskowe skutki wyprawy "Schwabenlandu" nie dały na siebie zbyt długo czekać. W czasie bowiem ostatniej wojny hitlerowska marynarka wojenna, wykorzystując doświadczenia tej wyprawy, przekształciła bezludną Antarktydę w wygodna bazę dla swych działań przeciwko statkom alianckim na południowej półkuli. Nie pierwszy raz były wody podantarktyczne widownią starć wojennych. Wystarczy wspomnieć choćby wielką bitwę morską pod Falklandami między flotą niemiecką a brytyjską w czasie pierwszej wojny światowej. Podczas drugiej wojny światowej wdarła się jednak pożoga wojenna o wiele dalej na południe, aż po same lody Antarktydy. Na wodach podantarktycznych pojawiły się hitlerowskie korsarskie statki-widma i łodzie podwodne. Długi czas było niezrozumiałe, jak mogą one operować z dala, o 20 000 km od swych baz. Później dopiero okazało się, że za schronienie służyły im zatoki i fiordy podantarktycznych wysepek.
Ponoć Niemcy od 1943 r., zdając sobie sprawę z nieuchronności swej porażki militarnej w Europie, zaczęli na Antarktydę wywozić swoje najtajniejsze technologie zbrojeniowe, po dokończeniu których (nie wiem, czy w bazach na Antarktydzie, czy w nieoficjalnie sojuszniczej wobec III Rzeszy Argentynie) miał się odwrócić niekorzystny dla Niemiec przebieg wojny (czy Hitler rzeczywiście bredził, gdy wielokrotnie powtarzał o "Wunderwaffe"?). Tak to opisał Igor Witkowski w książce "Hitler w Argentynie i Czwarta Rzesza":
Była to przecież "ziemia niczyja", doskonale konserwująca nie tylko żywność i materiały pędne dla jednostek Kriegsmarine, a przy tym (jak się Niemcom wydawało) pozostająca poza obszarem zainteresowania wrogich mocarstw. Jeżeli chodzi jednak o to założenie, to grubo się oni pomylili, gdyż bezpośrednio po zakończeniu wojny oczy alianckich sztabowców zwróciły się na Antarktydę i to w sposób sugerujący działanie pod wpływem jakiegoś alarmu...
W ten sposób dochodzimy do opisu kolejnej "białej plamy", związanej z historią II wojny światowej. Pierwszą oznaką zaniepokojenia w obozie aliantów była tajna wyprawa brytyjska pod dowództwem komandora Jamesa Marra, która wyruszyła z Wielkiej Brytanii w grudniu 1943 r. i nosiła kryptonim "Tabarin". Wyprawę zorganizowano dużym kosztem w najgorętszym okresie wojny w celu sprawdzenia doniesień o wspólnych, niemiecko-argentyńskich działaniach na wyspach brytyjskich w pobliżu Antarktydy! Głównym obszarem zainteresowania Brytyjczyków była zat. Marguerite na Ziemi Grahama (ok. 1000 km na południe od Ziemi Ognistej) i wiele innych wysp. Nie sprawdzono jednak wszystkich podejrzanych miejsc. Dowódca z powodu choroby wrócił do Anglii w 1945 r., jednak pozostali ludzie zostali. Wymieniono ich pod koniec 1945 r., nowe zaopatrzenie przywiózł statek "Trepassey". Jest to pierwsza informacja wskazująca na Ziemię Grahama. Jest faktem, że obszar ten jako w dużej części wolny od lodu i znacznie bliższy Ameryki Południowej, dużo lepiej nadawał się do założenia stałej bazy (baz), niż otoczona polami lodu pływającego Nowa Szwabia. Związek tej wyprawy z działaniami niemieckimi sugerował sam prof. Machowski, a poza tym, podpowiadają to również daty. 1943 rok to przecież okres, w którym Wielka Brytania, osaczana przez "wilcze stada" U-Bootów, wciąż walczyła o przetrwanie. Mobilizacja brytyjskiej gospodarki była kwestią życia i śmierci. W przełomowym momencie wojny, z pewnością Brytyjczycy nie pozwoliliby sobie na marnowanie drogocennych zasobów i finansowanie kosztownych badań na drugim końcu świata, o ile nie byłyby one podyktowane wyższą, strategiczną koniecznością. 
Profesor Machowski wyraził opinię (w rozmowie z moim współpracownikiem), że Brytyjczycy zostali zaalarmowani wcześniejszym (kwiecień 1940 r.) proklamowaniem własnego sektora antarktycznego przez Argentynę, którą słusznie podejrzewali o sprzyjanie III Rzeszy i dopatrywali się związku pomiędzy niemiecką, a argentyńską aktywnością w tym rejonie. Fakty te sprawiają, że wzięcie pod uwagę Ziemi Grahama w kontekście planów niemieckich, jest całkowicie uzasadnione.
Powyższa wyprawa była kontynuowana w latach 1946-1948, pod nowym dowództwem majora Pierce-Butlera, co z kolei sugeruje, że działania niemieckie, których cel starano się wyjaśnić, nie miały związku li tylko z samą wojną. Obszar działania nie uległ zmianie. Resztki złudzeń co do celu operacji "Tabarin" rozwiali w 2004 r. byli jej uczestnicy, którzy dopiero teraz mogli wprost to ujawnić (w programie TV BBC World z 23 VIII 2004 r.). Stwierdzili oni, że bodźcem tym był niezwykły wzrost aktywności zarówno argentyńskiej marynarki wojennej, jak i niemieckich okrętów podwodnych (wspólna operacja?), na wyspach wokół "szóstego kontynentu", w tym niezamieszkałych wyspach brytyjskich. Argentyńczycy wysadzali desanty rozpoznawcze- ich skala musiała być niemała, skoro wywołały taką reakcję, chociaż były to terytoria niezamieszkałe, pozbawione obserwatorów i znajdujące się na przysłowiowym końcu świata. Brytyjska admiralicja była zaalarmowana ze względu na obawy o możliwość aneksji tych terenów przez Argentynę. Chyba nie wzięto jednak pod uwagę, że może chodzić o rozpoznanie punktów etapowych lub zaopatrzeniowych dla przyszłych ewakuacji. Trudno przecież wyobrazić sobie lepsze miejsca do ukrywania czegoś, niż zapomniane, smagane lodowatymi wiatrami skały na krańcu oceanu. Brytyjczycy nigdy nie zaangażowali dużych sił i w związku z tym ich możliwości prowadzenia badań lub poszukiwań na ogromnych obszarach "Białego Lądu" były zaledwie szczątkowe. Wynikało to z ogólnej sytuacji, w jakiej znajdował się wtedy ich kraj.
Prawdziwą operację wojskową na ogromną skalę zorganizowali dopiero Amerykanie. Przygotowania do niej rozpoczęto tuż po zakończeniu wojny, a pierwsze okręty biorące w niej udział, opuściły bazy w Stanach Zjednoczonych 2 grudnia 1946 roku. Dzień ten uważany jest za początek mało znanych i otoczonych ścisłą tajemnicą działań wojskowych na niespotykaną wcześniej skalę, które Amerykanie opatrzyli kryptonimem "High Jumping Operation" (operacja "Wysoki Skok"). Jej trzon stanowił tzw. lotniskowcowy zespół uderzeniowy (Task Force), w skład którego wchodził lotniskowiec "Phillippine Sea" oraz dwanaście innych jednostek, w tym niszczyciele i okręt podwodny "Sennet". Wyprawa liczyła ok. 4000 ludzi, z czego ok. 3500 oficerów i marynarzy, ok. 300 pracowników cywilnych i tylko 25 naukowców. Dowódca wyprawy był admirał Richard H. Cruzen. Towarzyszył mu doświadczony amerykański polarnik- admirał Richard E. Byrd. Jedną z najbardziej zastanawiających cech było to, że Byrdowi przez cały czas poszukiwań towarzyszyła niezwykle silna wojskowa eskorta- m. in. każdemu z trzech wydzielonych zespołów poszukiwawczych przydzielony był niszczyciel. W kręgach badaczy Antarktydy powszechnie mówiło się wtedy o tym, że Amerykanie przygotowują się do prowadzenia wojny w tym rejonie (z kim? żadna armia nie była do tego przystosowana), ponieważ równocześnie szkolono w warunkach arktycznych trzy inne Task Forces. Głównym sprzętem rozpoznawczym było 5 samolotów Dakota, wyposażonych w kamery i holowane magnetometry- sprzęt przeznaczony raczej do wykrywania okrętów podwodnych i innego sprzętu, niż do badań polarnych. Magnetometry holowane za samolotami były jedną z tajnych broni aliantów i wcześniej doskonale sprawdziły się podczas tropienia U-Bootów na północnym Atlantyku. Eskadrę bazującą na lotniskowcu uzupełniały dwa klucze nieco mniejszych samolotów rozpoznawczych, znajdujących się na dwóch mniejszych okrętach lotniczych. 
Pomimo upływu ponad połowy wieku, cele i rezultaty operacji "Wysoki Skok", pozostają jedną z najpilniej strzeżonych amerykańskich tajemnic, o czym miałem możliwość przekonać się, próbując dotrzeć do dotyczących jej dokumentów w amerykańskim archiwum rządowym NARA. Pomimo tego, znane są pewne fakty, które mogą stanowić wskazówki, pozwalające na przynajmniej częściowe ustalenie rzeczywistego charakteru tych działań. Wiadomo przede wszystkim, że nie były to przygotowania do żadnej "kolonizacji" tego kontynentu, wręcz przeciwnie- w 1947 r. rząd USA zrezygnował z wcześniej wysuwanych roszczeń terytorialnych do Antarktydy i wysunął koncepcję jej "umiędzynarodowienia". Już samo to jest informacją wymowną, sugerującą, że Amerykanie kogoś się obawiali. Wydaje się prawdopodobne, że chodziło o uczynienie Antarktydy po prostu bardziej "przejrzystą" dla ewentualnych dalszych poszukiwań wojskowych.
Wiadomo również- Byrd mówił o tym po powrocie do kraju- że jednym z takich sensacyjnych odkryć było stwierdzenie istnienia tzw. "oaz ciepła"- obszarów wolnych od lodu, ogrzewanych przez ciepłe źródła pochodzenia wulkanicznego. Byrd wspomniał nawet, że widział z pokładu samolotu oazy zielonej roślinności, co oczywiście stało w sprzeczności z wiedzą na temat Antarktydy. Początkowo przypisywano to dziwactwom admirała, jednak po pewnym czasie okazało się, że takie oazy istnieją naprawdę i są ogrzewane źródłami wulkanicznymi. Co więcej, ustalono, że zostały one odkryte przed wojną przez ...Niemców. Dwie największe znane są obecnie jako Oaza Bungera i Vestfold Hills- mają powierzchnię po kilkaset kilometrów kwadratowych, jednak nie znajdują się na Nowej Szwabii, lecz dalej na wschodzie, z grubsza na wysokości Archipelagu Kerguelen. 
Interesującym faktem może okazać się to, że okręty tej ekspedycji zaopatrywały się w portach chilijskich, natomiast nigdy w Argentynie. Największą intensywność działań odnotowano w rejonie Ziemi Grahama, chociaż początek działań miał miejsce w rejonie Nowej Szwabii, gdzie 27 stycznia 1947 r. zespół uderzeniowy został podzielony na trzy mniejsze grupy. Faktem o podstawowym znaczeniu jest jednak bezsprzecznie to, że w pewnym momencie Amerykanie musieli z nieznanych powodów nagle opuścić rejon Antarktydy. Wynikło to z tego, że w krótkim czasie, niemal w ciągu kilku dni, stracili mniej więcej połowę wszystkich samolotów i to w niewyjaśnionych okolicznościach! Kierownictwo operacji zostało po powrocie poddane intensywnym przesłuchaniom, w rezultacie czego adm. Byrd- najbardziej wytrawny polarnik w historii świata, został uznany za psychicznie chorego (wtedy jeszcze dementowano jego opowieści o oazach zieleni), a wyniki śledztwa otoczono tajemnicą. Jak wspomniałem, działania operacyjne rozpoczęto pod koniec stycznia 1947 r., dysponując zapasami na 6-8 miesięcy, a tymczasem jeszcze w lutym tego roku, zarządzono niespodziewany odwrót. Możemy tylko domyślać się, co zmusiło tak doskonale wyposażoną ekspedycję do zaniechania planów...Czy była to niemiecka Wunderwaffe? 
Faktem jest jednak, że Amerykanie wkrótce podjęli decyzję o wysłaniu kolejnego zespołu okrętów (co sugerowało, że poprzednia wyprawa nie wróciła dlatego, że nie miała już tam nic do roboty). W 1950 r. Komitet Połączonych Szefów Sztabów wydał pierwsze rozkazy, a kilka lat później prezydent Eisenhower, postawił na czele ekspedycji zaskakująco przywróconego do łask (czyli nie był jednak psychicznie chory!) i ponownie powołanego do czynnej służby admirała Byrda. Przygotowania do tej ekspedycji przerwała jednak wojna w Korei i ostatecznie dopiero w 1954 r. doszła ona do skutku. Nadano jej kryptonim "Operation Deepfreeze" (operacja "Siarczysty Mróz"). Nie stanowi żadnej tajemnicy, że tym razem zespół uderzeniowy miał użyć broni jądrowej(!!!), gdyż Amerykanie wcale tego nie ukrywali. A więc groźba użycia broni jądrowej??? Zrodziło to jednak tak silny sprzeciw ze strony państw leżących najbliżej Antarktydy- Chile, Argentyny, a zwłaszcza Nowej Zelandii, że musieli oni zrezygnować z wprowadzenia tego zamiaru w życie. Operację tą zakończono dopiero w 1957 r., jej szczegóły oczywiście również pozostają tajemnicą.
Podczas operacji "Siarczysty Mróz" miał zginąć admirał Byrd. Pewne fakty wskazują na to, że Amerykanie- wbrew protestom ww. państw- jednak zrzucili bombę (bomby?) atomową na niemiecką bazę (bazy?) na Antarktydzie. Mają o tym świadczyć wyniki badań, opublikowane w 2000 r. w piśmie "New Scientist", które wykazały, że antarktyczne małże i ryby zawierają, nie występujący samodzielnie w naturze, radioaktywny pluton 238- składnik broni atomowej.
I teraz trzeba zadać sobie pytanie: czy można użyć broni atomowej i skutecznie ukrywać ten fakt przed światową opinią publiczną? Moim zdaniem- oczywiście, że tak. Zwłaszcza, gdy robi to supermocarstwo takie jak USA, zaś owe bombardowania atomowe miały miejsce na trudnym do spenetrowania przez strony trzecie, zadupiu świata, jakim bez wątpienia była i jest Antarktyda. 
Skoro rządowi USA, z powodzeniem udaje się przez prawie 100 lat ukrywać nielegalność Systemu Rezerwy Federalnej i podatku dochodowego (i to przed własnymi obywatelami, którzy muszą go płacić), to co dopiero ukrywanie trudnego do sprawdzenia użycia broni atomowej na jakiejś Antarktydzie. Być może istnieje w tej sprawie międzynarodowa zmowa milczenia, respektowana przez różne państwa, a przynajmniej te najznaczniejsze 
(prawdopodobieństwo istnienia tego rodzaju zmowy milczenia, tyle, że ws. zamachu na gen. Sikorskiego, zasugerował kiedyś Dariusz Baliszewski, twierdząc, że archiwa wszystkich państw, nawet stojących jakoby z boku wojny, typu Hiszpanii, czy Portugalii, gdzie dokumenty i analizy w tej sprawie powinny istnieć na pewno, ponieważ śmierć Sikorskiego odbiła się szerokim echem na całym świecie- owe archiwa w tej kwestii są zamknięte na 4 spusty lub udaje się, że ich nigdy nie było; słyszałem też o sięgających jeszcze lat 90., naciskach Wielkiej Brytanii na Holandię, aby nie dokonywała rehabilitacji gen. Sosabowskiego, złośliwie i niesprawiedliwie oskarżonego przez Brytyjczyków o zawalenie operacji "Market Garden"). Nawet naszym lokalnym magdalenkowskim burakom udaje się, od dwóch dekad, z powodzeniem ukrywać przed prawie całym polskim narodem, prawdę o tzw. transformacji. 
Już sam fakt, że temat tego, co działo się (a że coś się działo, to rzecz pewna) na Antarktydzie w 2. połowie lat 40. i w latach 50., w ogóle nie jest poruszany przez media głównego nurtu na całym świecie (a przecież nie raz zajmowały się one mniej prawdopodobnymi tematami), daje do myślenia.

Tu jest też trochę na ten tajemniczy temat:
http://www.greendevils.pl/rozne/hyperbo ... wabia.html
http://pufoc.republika.pl/v7_noszw.htm
http://www.paranormalne.pl/index.php?showtopic=2661
Niestety naukowcy z tzw. opiniotwórczych środowisk akademickich (zarówno w Polsce, jak i wszędzie na świecie) nie ruszają tego tematu (być może boją się, że zostaną wrzuceni do worka z "oszołomami"?), mimo, że np. na Polskiej Akademii Nauk, można studiować takie bzdury, jak tzw. gender. Dlatego temat krąży głównie w środowiskach różnych pasjonatów tropiących UFO i zjawiska paranormalne, co niestety jeszcze bardziej obniża w oczach wielu, jego wiarygodność.